Pierwsze
long story na moim blogu. Jest ono dość krótkie, bo mam zaplanowane 4,
maksymalnie 5 rozdziałów, niemniej jednak, same w sobie są dość rozbudowane.
Zapraszam
do komentowania. Dzięki temu szybciej wrzucę kolejne części ;]
Zespół:
Super Junior
Pairing: EunHae (Eunhyuk x Donghae)
Rating:
+16 (w późniejszych rozdziałach)
Rozdział I
Był
to upalny piątek pewnego majowego miesiąca. Z niezbyt wysokich szklanych
budynków stojących obok siebie, równo o godzinie 20:00, wysypał się rój ludzi.
Na pierwszy rzut oka przeważała młodzież, jednak nie można było jednoznacznie
stwierdzić czy była ona dominującą grupą. Wiele osób zatrzymywało się po drodze
zapisując coś jeszcze w zeszytach, inni rozmawiali ze znajomymi z innych
budynków. Jedyną osobą, która wyraźnie nie miała ochoty na bliższe spoufalanie,
albo też po prostu się spieszyła, był młody, na oko 20-letni chłopak. W dopasowanych
spodniach, mocno wyciętej bokserce i blond włosach, dość mocno wyróżniał się z
tłumu czarnowłosych i dość monotonnie ubranych ludzi. Lee Hyukjae, bo to o nim
mowa, wsiadł do stojącego srebrnego Audi na parkingu, i nie zaszczycając
Narodowego Uniwersytetu Seulskiego, z którego właśnie wyszedł, ani jednym
spojrzeniem, odjechał z piskiem opon.
- Tak, Mamo, właśnie skończyłem zajęcia. Nie, nie wracam od razu do siebie, podjadę po Donghae, dawno się nie widzieliśmy.
Chłopak
dodał gazu, przyspieszając, gdy na światłach zobaczył zielone. Obok niego
przemknęło czerwone Hyundai, nic nie robiąc sobie z zakazu wyprzedzania na
skrzyżowaniach, tym samym wymuszając na nim gwałtowniejsze hamowanie. Blondyn
zaklął pod nosem.
-
Nie, Mamo, nic nie mówiłem. Dobrze, przyjadę jutro bądź w niedzielę. Zapytam go, jak będzie chciał, to wpadnę z
nim, ale to dopiero w niedzielę. Tak, tak, na razie.
Wciskając
czerwoną słuchawkę, odrzucił telefon na sąsiednie siedzenie. Kochał swoją
rodzicielkę, ale odkąd poszedł na studia i się wyprowadził, stała się doprawdy
zdecydowanie zbyt nadopiekuńcza. Nie ma sensu jednak teraz się tym przejmować.
Był piątek, początek weekendu. Miał dwa dni wolności, może nawet trzy, w końcu
z poniedziałkowego jednego wykładu mógł się urwać, i zamierzał ten czas
wykorzystać na spotkanie z najlepszym przyjacielem, którego nie widział już
dłuższy kawałek czasu. Telefon znów się rozdzwonił. Szlag. Już rozmawiając
wcześniej narażał się na złapanie, ale nieodebranie telefonu, który mógł być od
ojca, również nie był najlepszym pomysłem. Złapał szybko zestaw słuchawkowy,
podłączył i odebrał rozmowę dziękując wszystkim bogom że zdążył. Z tego
wszystkiego nawet nie zerknął na wyświetlacz.
- Hyukkie? Co tak długo?
Lee
skrzywił się. Tego telefonu nie musiał akurat odbierać, ale skoro już to
zrobił…
-
W samochodzie jestem, musiałem zestaw podłączyć. I mówiłem ci, byś tak do mnie
nie mówił – dodał cierpko.
- Jak? Ach… Rozumiem. Czyli nie mam co
liczyć nawet na przyjacielskie spotkanie? – w głosie rozmówcy dało się wyczuć
nadzieję.
Blondyn
złapał mocniej kierownicę, zaciskając na niej palce i westchnął cicho.
-
Hyesung… Sungie, wiesz, że to nie ma już szans – odpowiedział cicho, o wiele
łagodniej niż wcześniej, w duchu modląc się, by nie rozbił auta. To nie był
dobry moment na tę rozmowę. Choć w gruncie rzeczy nie wiedział, czy jakąkolwiek
chwilę można uznać za odpowiednią, jeśli chodzi o rozmowy z byłym kochankiem.
- W końcu uświadomiłeś sobie, że go kochasz?
– padło pytanie po dłuższej chwili. Lee znów musiał mocniej nacisnął pedał
hamulca. Co za cymbały jeżdżą po tej drodze? I czemu ten palant z tyłu na niego
trąbi? Przecież nie zrobił nic złego!
-
Hyesung. Ja. Go. Nie. Kocham. Rozumiesz? – wycedził spomiędzy zębów.
- Jasne. Lecz ci się podoba i świata poza
nim nie widzisz, nawet gdy jesteś w kimś w związku – po drugiej stronie
słuchawki słychać było wyraźną kpinę.
-
Kim, do cholery jasnej! Mówię, że nic do niego nie czuję! Jest moim
przyjacielem od dzieciństwa, do diabła! I do tego całkowicie hetero
przyjacielem – ostatnie zdanie niemal wymamrotał, nie uszło jednak ono uwadze
byłemu kochankowi.
- Hyukkie… Hyukjae… - Hyesung poprawił
się i westchnął cicho. – Dobrze, nie będę
więcej dzwonił, ale pamiętaj, że ja uważam cię za swojego przyjaciela, nawet
jeśli tego teraz tak nie odbierasz. Zawsze możesz się ze mną spotkać, jeśli
będziesz chciał pogadać. Trzymaj się i… mam nadzieję, że w końcu przejrzysz na
oczy. Bo wszyscy wokół to wiedzą, tylko ty, albo nie chcesz, albo udajesz, że
tego nie widzisz… Na razie. Do usłyszenia.
-
Hyesung… - zaczął, ale odpowiedziała mu tylko cisza w słuchawce. – Niech to
szlag! – szybkim ruchem wyrwał słuchawki z uszu i oparł głowę o zagłówek. Kątem
oka, mechanicznie, obserwował sznur samochodów stojących przed nim w korku, w
głowie zaś krążyły mu ostatnie słowa byłego. Nie był typem, który oszukuje sam
siebie, zawsze cenił szczerość, nawet taką do bólu. Umiał przed sobą przyznać,
że jego przyjaciel bardzo mu się podobał pod względem wizualnym. Uwielbiał z
nim spędzać czas, dobrze czuli się we własnym towarzystwie. Mógł nawet
powiedzieć, że traktował go jak brata, w końcu niemal razem się wychowywali.
Ale żeby od razu go kochać? Absurd! Zagryzł ze złości wargę wciskając mocniej
pedał gazu. Opuścił w końcu centrum i kierował się w stronę dzielnicy, w której
mieszkał Hae. Włączył radio, przełączając stację na mocniejsze brzmienia. Tak,
dobra muzyka, szybka jazda samochodem, pozwolą uspokoić jego myśli. A potem
spotka się z najlepszym przyjacielem i pójdą się napić. Reszta świata może iść
się pieprzyć.
Mieszkanie
Donghae było dwie dzielnice dalej niż uczelniany campus, co oznaczało ponad
godzinę jazdy w jedną stronę, nigdy jednak specjalnie mu to nie przeszkadzało.
Skręcając zgodnie z drogowskazem, usłyszał nagle za sobą sygnał straży pożarnej
oraz drugi, chyba karetki pogotowia. Zerkając we wsteczne lusterko zjechał
lekko na bok, by umożliwić służbom ratowniczym przejazd. Inni kierowcy
postąpili podobnie, dzięki czemu środek ulicy był wolny. Obok niego przejechało
w pędzie kilka jednostek straży i karetek. Wszystkie skręcały w stronę, w którą
miał zamiar jechać. Zdusił w sobie irracjonalne ukłucie strachu. W końcu jest
tu trochę osiedli, więc nie musi to oznaczać, że jadą oni do kogoś mu
znajomego. Jednak.. musiało zajść coś poważnego, skoro tyle aut jedzie na
pomoc. Włączając się ponownie do ruchu, przełączył stację w radiu chcąc
posłuchać wiadomości. Może dowie się co się stało.
-
…do miasta przyjedzie znany piosenkarz w
celu dania charytatywnego koncertu na kolejnej odsłonie słynnej już gali dobroczynnej…
-
Jak zwykle gadają same bzdety – mruknął do siebie. Wyciągnął rękę, by włączyć
swoją muzykę, gdy nagle kobiecy głos spikerki zmienił się na męski, przerywając
poprzednią wypowiedź.
- ..wiadomości z ostatniej chwili. W
dzielnicy Seocho-gu wybuchł poważny pożar. Na miejscu jest znaczna większość
dostępnych jednostek straży pożarnej oraz karetek pogotowia. Nieznana jest
ilość poszkodowanych. Wiadomo jednak, że w budynku wciąż przebywają uwięzieni
ludzie…
Lee
zamarł ściskając mocniej kierownicę. Seocho-gu. To dzielnica Hae!
-
Adres, podajcie mi pieprzony adres! – wymamrotał, próbując uspokoić siebie, że
to jeszcze nic nie znaczy. W końcu to dzielnica, a jeszcze są osiedla i…
- …prosi się przejezdnych o nieblokowanie
drogi oraz umożliwienie dojazdu kolejnym jednostkom pod budynek 152 przy ulicy…
Hyukjae
poczuł jak w płucach nagle zabrakło mu powietrza, a serce przestało bić.
Wcisnął pedał gazu i nie przejmując się przepisami ruchu drogowego, z piskiem
opon zawrócił, by skrótami jak najszybciej dojechać na miejsce. Drugą ręką,
próbując opanować choć trochę trzęsące się palce, wykręcił numer do Donghae.
-
Odbierz telefon… Błagam, odbierz ten pieprzony telefon…
- Cześć! W tej chwili nie mogę rozmawiać,
ale nie obrażę się jak zostawisz dla mnie wiadomość. Na pewno oddzwonię! –
w słuchawce rozległ się ciepły głos.
-
Kurwa! – rzucił telefon, nie przejmując się gdzie upadł. Zmienił bieg wrzucając
wyższe obroty i ponownie dodał gazu. – Przysięgam, ukatrupię cię, jak tylko
dostanę w swoje ręce. Zobaczysz. Odpłacę ci się, za to straszenie mnie na
śmierć, Lee.
Używając
klaksona, by pogonić opieszałych, i wszelkich znanych sobie skrótów, pokonywał
kolejne ulice. Dobra passa skończyła się tuż przed wjazdem do osiedla. Ludzie
stali w korku i raczej nie było szans, by w najbliższym czasie coś się
zmieniło. Do ulicy, na której mieszkał Hae, był jeszcze spory kawałek, ale
blondyn nie mógł czekać. Szybciej dobiegnie na miejsce niż tam dojedzie, tego
był pewien. Zaparkował na pierwszym wolnym miejscu i ostatkiem przytomności
złapał komórkę leżącą pod siedzeniem, kluczyki od auta i pobiegł w stronę
mieszkania przyjaciela.
Już
z daleka dostrzegł dym na powoli ciemniejącym niebie. Będąc bliżej, widział
wysokie słupy ognia, słyszał wycie kolejnych syren, krzyk ludzi, a sam miał
wrażenie, że zamiera i nie mógł się ruszyć z przerażenia. Oblał go zimny pot,
pomimo gorąca jego ciała po szaleńczym biegu i temperatury panującej wokół.
Rozejrzał się spanikowany i dostrzegając skupionych ludzi wokół karetek,
pobiegł w tamtą stronę. Na drodze wyrósł mu policjant, który kazał mu nie
ruszać się z miejsca.
-
Szukam kogoś… Proszę, tam… Lee Donghae, czy jest tu Lee Donghae? Błagam, on tu
mieszka! – wykrzyczał zrozpaczony, czując jak po powiekami formują mu się
niechciane łzy. Mundurowy, w ciemnym uniformie, spojrzał na niego uważnie.
-
A pan to?
-
Lee Hyukjae, jestem.. jestem jego bratem – skłamał w ostatniej chwili, jakby
szóstym zmysłem uświadamiając sobie, że przyjaciele, nieważne jak bliscy, nie
zostaną dopuszczeni do takich spraw.
-
Posterunkowy, proszę odprowadzić pana Lee do miejsca zbiórki poszkodowanych –
usłyszał.
-
Dziękuję – wyjąkał i ruszył za drugim policjantem, siłą powstrzymując się, by
nie ponaglać go i samemu nie biec.
-
Proszę chwilę poczekać – policjant zostawił go i podszedł do kolejnego swojego
kolegi pytając o coś i wskazując na niego. Ten spojrzał na listę trzymaną w
rękach i z wahaniem pokręcił głową.
Hyukjae
drżał z niecierpliwości i nerwów. Zaciskał dłonie w pięści i starał się równo
oddychać, by nie poddać się panice.
-
I jak, znalazł go pan?
-
Panie Lee, jest pan pewien, że pański brat tu powinien być? – policjant wrócił
do niego i spytał, jakby nie słysząc jego wcześniejszego pytania.
-
Jak to pewien? Przecież wiem gdzie Donghae mieszka, do cholery! – blondyn miał
ochotę rozszarpać stojącego przed nim mężczyznę za zadawanie takich głupich
pytań.
-
Panie Lee – mundurowy zaczął spokojniejszym tonem – źle mnie pan zrozumiał. Pytam,
czy jest pan pewien, że o tej porze pana brat powinien być w domu.
-
Tak, umawialiśmy się, że po niego przyjadę jak skończę zajęcia… Ale czemu pan
pyta? Czy… - chłopak omiótł wzrokiem stojących nieopodal ludzi. Serce ponownie
zaczęło mu jeszcze szybciej bić. – Nie znaleźliście go, prawda? To dlatego pan
pyta, czy… O Boże.. on tam jest, w środku, on… - spojrzał na wciąż płonący
budynek. Wokół niego kłębiło się mnóstwo strażaków. Jedni starali się opanować
żywioł, inni wyprowadzali kolejnych poszkodowanych. – Ja… muszę tam iść. Tam
jest Hae, ja…
-
Proszę się uspokoić, robimy co w naszej mocy. Gdy tylko coś będziemy wiedzieli,
damy panu znać – policjant, wbrew wcześniejszemu zachowaniu, wykazał sporą dozę
profesjonalizmu odprowadzając niezauważenie blondyna w stronę karetki, gdzie
zajęła się nim sanitariuszka podając mu wodę z cukrem i opatulając kocem.
Spojrzał na nią, ledwo ją widząc przez zamglone oczy. Łzy, tak długo
wstrzymywane, w końcu wydostały się na wolność żłobiąc rysy na policzkach i
zaburzając zdolność widzenia.
-
Powinienem tam być. Gdybym tylko wyjechał wcześniej, gdyby… - mamrotał, gniotąc
plastik w swoich dłoniach i rozchlapując płyn dookoła.
-
To nie pana wina – głos stojącej obok kobiety był łagodny, ale i stanowczy. –
Poczekamy tu razem, dobrze?
Kiwnął
głową, mokrymi oczami wpatrując się w budynek, jakby w każdej chwili wyczekując
momentu, kiedy Donghae wyjdzie z niego, z tym radosnym uśmiechem na twarzy i
słowami w stylu ‘Głupi Hyukkie, tak dać
się nabrać! Myślałeś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz?’ Oddałby wszystko,
by wyszedł teraz cały i zdrowy. Nawet by się nie gniewał na niego… za bardzo.
Byleby stanął tu przed nim, jak zawsze. Czuł jak zaczyna trząść się z zimna,
pomimo ciepłego koca na ramionach. Ktoś delikatnie wyjął mu z ręki kubek, czego
w ogóle nie zauważył, a sam schował głowę w dłoniach, byleby nie słyszeć tych
krzyków, nie czuć zapachu spalenizny, którym pewnie przesiąkła nawet jego
skóra… Nagle usłyszał wołanie. Takie jak dziesiątki innych w ciągu minionej
godziny, ale wydało mu się ono niezmiernie ważne.
-
Dajcie karetkę! Mamy tu poszkodowanego z pierwszeństwem przyjęcia! – głos
strażaka rozbrzmiewał niedaleko miejsca w którym siedział. Na noszach, które
trzymał wraz z kilkoma innymi kolegami, leżał ktoś nieprzytomny. Miał
obandażowane ręce, a na twarzy maskę tlenową. Hyukjae wstał i powolnym krokiem
szedł w ich kierunku. W końcu dostrzegł czuprynę czarnych włosów, a na,
przybrudzonym teraz, podkoszulku widział wisiorek, który bardzo dobrze znał, bo
sam taki zamówił i podarował…
Teraz
był pewien. To był on, Lee Donghae.

Ok, chęć mordu powstrzymana, bo skoro opowiadanie ma kilka rozdziałów, to Hae powinien przeżyć! I podoba mi się, jak zarysowałaś relacje między EunHae. Mogę sobie wyobrazić uśmiech Hyuka, gdy myśli o/wspomina Hae ;)
OdpowiedzUsuńTyle słowem wstępu :P
A wracając do historii, nigdy nie chciałabym się znaleźć w sytuacji Hyuka. Dowiaduje się o pożarze i zdaje sobie sprawę, że Jego najbliższy przyjaciel może zginąć … jednym słowem – bezradność i strach. Nie mniej, należą się brawa za zachowanie zimnej krwi, gdyby nie ona, nie mógłby się czegokolwiek dowiedzieć.
Zastanawiam się tylko jak to rozwiążesz. No bo jak na razie mamy Hyuka, który zdaje się traktować Hae jako wyjątkowo bliskiego przyjaciela, ale wypiera się, jakoby to była miłość. MIŁOŚĆ. No i Hae, który w ogóle, swoje zainteresowania kieruje wobec płci pięknej. Tzn tak jest wg Hyuka. Potencjalnie kształtuje się tutaj mały konflikt ‘interesów’ … I zastanawiam się, czy eks odegra w tej historii jeszcze jakąś rolę. Tytuł opowiadania też intryguje, bo może coś sugerować ...
Reasumując - krótki komentarz, bo krótki rozdział :P A ja czekam na dalej i na więcej! Duuużo więcej *.*