30 października 2013

A beautiful li(f)e

AkaNishikido. Mało popularny pairing w j-popie, lecz przeze mnie chyba najbardziej ukochany. Zaraz po nim w moim prywatnym rankingu jest Akame i RyOkura.
Jeśli ktoś nigdy nie myślał o takim połączeniu, niech się nie zraża, a spróbuje z nim zapoznać. Na moim blogu sporo będzie ff z tą parą, m.in. jedno long story, które jest naprawdę dłuuugie, więc... ;]
Zapraszam~!


Pairing: AkaNishikido (Akanishi Jin - ex-KAT-TUN x Nishikido Ryo - Kanjani8, ex-NEWS)
Rating: +16


Pomimo upływu czasu, z dedykacją dla mojego osobistego Jina, bez którego ten tekst, jak i wiele innych, nigdy by nie powstał...


 - W takim razie, do zobaczenia pojutrze – Nishikido krótkim machnięciem ręki pożegnał bawiący się zespół i chwytając w przelocie kurtkę ruszył do drzwi prowadzących do tylnego wyjścia z budynku. Świętowali właśnie zakończenie trasy – ostatni koncert, który zagrali w Tokyo Dome. Jako, że Ryo wyjątkowo nie miał ochoty na picie wyszedł wcześniej wymawiając się zmęczeniem. Reszta zespołu przyjęła to ze zmrużeniem oka, wiedząc, że lepiej z Dokkunem nie zadzierać, zwłaszcza, gdy jest w tym swoim specyficznym nastroju. Jak dziś. Sam Ryo nie wiedział skąd ten jego przypływ melancholii i wyjątkowej aspołeczności. Miał jednak chęć na szklaneczkę czegoś mocniejszego we własnych czterech ścianach, co było o tyle wygodne, bo nikogo nie angażowało do wysłuchiwania jego filozofii, gdy wypije zbyt dużo, ani do holowania go do jego mieszkania. Tak rozmyślając otworzył ciężkie metalowe drzwi jedną ręką, drugą poprawiając futrzany kołnierz swojej kurtki, gdy nagle stanął jak wryty. Przed budynkiem, na wprost niego, stał mężczyzna. Ubrany w jeansy, ciemną bluzę z kapturem, kurtkę dobraną pod kolor spodni opierał się o maskę dużego samochodu stojącego za nim. Spoglądał w stronę Nishikido, choć oczy miał ukryte za okularami, pomimo późnej pory wieczornej. Widząc stojącego nieruchomo Ryo ściągnął z głowy kaptur ukazując tym samym krótkie ciemne włosy. W świetle pobliskiej latarni zabłysł zegarek na ręce nieznajomego. Zegarek, który gitarzysta bardzo dobrze znał. Podobnie jak tę sylwetkę, czarne loki okalające twarz, pełne wargi układające się miękko w delikatnym uśmiechu. Nieznajomy nie musiał ściągać okularów, by wiedział, że kryją się za nimi brązowe tęczówki o najbardziej czekoladowym odcieniu, jakie kiedykolwiek widział.
- Jin… - wyszeptał bezwiednie. Nie wiedział, dlaczego był jego widokiem tak zaskoczony. Widzieli się przecież niedawno. Bodajże z tydzień temu, gdy był gościem na ich koncercie. Wtedy jednak jego przyjazd był zapowiedziany. Cała wytwórnia huczała od plotek, że ten Akanishi Jin przyjedzie do Japonii i, że prawdopodobnie wpadnie na koncert Kanjani8. Przygotowany mentalnie na widok swojego niegdysiejszego przyjaciela był w stanie prowadzić zabawną rozmowę na wizji i oczach setek fanów. Teraz, lekko rozbity po koncercie i zmęczony, czuł się odsłonięty i nieprzygotowany. A Ryo nie lubił tego rodzaju niespodzianek. Te wszystkie myśli zniknęły, gdy tylko zauważył jak Akanishi szedł powoli w jego stronę. Przywołując na twarz bezosobowy uśmiech również ruszył w jego kierunku.
 - Witaj, Jin. Czekasz na kogoś? – W głosie niższego mężczyzny można było wyczuć nutkę lekkiego sarkazmu. W brązowych oczach błysnął cień zaskoczenia. Po chwili jednak na ustach wokalisty wykwitł nieznaczny uśmiech.
- Cześć, Ryo. Uprzejmy jak zwykle.
Nishikido parsknął z kpiną. – Zapomniałeś dodać „czarujący”.
Jin potrząsnął lekko głową uśmiechając się. Czarne loki zatańczyły miękko wokół jego twarzy.
- Nic się nie zmieniłeś. – Na twarzy mężczyzny pojawiła się powaga. – Czekam na ciebie. Masz czas pogadać? – W ciemnych tęczówkach było widać lekką niepewność, którą usilnie usiłował ukryć pod płaszczem swojej zwykłej, codziennej buńczuczności i pewności siebie.
- A mamy o czym? – Spytał spokojnie. Głosem wypranym z emocji. Poniekąd było to gorsze niż arktyczny lód, gniew, sarkazm i kpina, do których Nishikido był zdolny. Gorsze, bo świadczyło o obojętności. Jin drgnął na dźwięk tego tonu głosu.
- Tak, Ryo, mamy – odpowiedział spokojnie patrząc na przyjaciela uważnie. Gitarzysta milczał wpatrując się w te czekoladowe tęczówki, które znał na wylot. Potrafił wypatrzeć w nich każdą emocję. Widział w nich ogniki radości, łzy smutku, mgłę pożądania. Widział rozpacz, pragnienie, tęsknotę. Twarzą Jin zawsze potrafił grać, lecz jego oczy były zwierciadłem, były książką, której stronicy znał na pamięć. Tym bardziej zaskoczył go fakt, że w tym momencie nie mógł nic z nich wyczytać. I ten głos, „Ryo” wypowiedziane w sposób, w który potrafił tylko on. Pamiętał wydźwięk swojego imienia w jego ustach tak dokładnie jak kiedyś. Być może to wspomnienie spowodowało, że jego upartość i duma poszły na daleki spacer a Ryo uśmiechnął się do wokalisty tak, jak tylko on potrafił. Uśmiechem szerokim, od jednego ucha do drugiego, przez który nie jeden raz przezywano go żabą, zanim nie przekonano się, że za takie przezwisko grozi spotkanie nie tyle z pięściami Nishikido czy Akanishi’ego, co z ciętym językiem samego przezywanego. Nie minęło wiele czasu, gdy z żaby przechrzczono go na Dokkuna.
Jin uśmiechnął się lekko, jakby z ulgą. – Podwieźć cię gdzieś? – Spytał, pamiętając, że od kilku lat Ryo nie prowadzi samochodu. Gitarzysta popatrzył na niego uważnie. Wiedział, że od tego banalnego pytania naprawdę wiele zależy. Brązowe tęczówki wokalisty obserwujące przyjaciela pociemniały nieznacznie, a powietrze, pomimo zimnego styczniowego dnia jakby zgęstniało i ociepliło się o kilkanaście stopni w przeciągu jednej sekundy. Małe płatki śniegu, które zaczęły padać nie wiadomo w którym momencie, osiadały na czarnych lokach mężczyzny. Jeden z nich chyba upatrzył sobie długie rzęsy wokalisty, bo przycupnął na nich i rozpłynął się jakby zawstydzony widniejącym żarem w ciemnych oczach.
- Ryo-chan...?
Nishikido ocknął się z zamyślenia i lekko zły na samego siebie za ten dziwny popis obserwacji, ruszył w stronę samochodu Jina. Wsiadł po stronie pasażera, zapiął pasy i gdy tylko uchyliły się drzwi od strony kierowcy odezwał się cichym a zarazem mocnym głosem.
- Jedźmy do mnie.
Na parkingu zostały dwa ślady opon, które zasypywał coraz gęściej padający śnieg.

- Napijesz się czegoś? – Spytał, gdy tylko przekroczyli próg jego mieszkania. Ryo od razu ruszył w stronę barku. Alkohol to było coś, czego zdecydowanie potrzebował. Właśnie w tym momencie. Nalał sobie podwójną porcję i wychylił za jednym zamachem. Nie dbał o to jak Jin to odbierze. Zawsze mógł wymówić się zmęczeniem. Prawda jednak była inna. Atmosfera, która wytworzyła się między nimi na parkingu, w trakcie jazdy wcale nie zniknęła. Wręcz przeciwnie. W ciasnym aucie, zagęściła się i spotęgowała. Obudziła to, co powinno zostać dawno zakopane i zapomniane. I było. Do dziś.
- Nalej mi to samo – usłyszał głos za swoimi plecami. Gitarzysta uśmiechnął się kpiąco i nalał drugą podwójną porcję. Dla siebie zaś słabszego drinka. Nie chciał się upić. Przynajmniej niezbyt szybko. Podał mężczyźnie szklankę i poprowadził do dwóch foteli stojących przy szklanym stoliku. Delikatne światło lampki zapalonej w rogu pokoju rzucało miękkie refleksy na skórzane obicia i drewniane meble. Pokój był urządzony gustownie, ale przede wszystkim przytulnie. Dziś, z tym światłem i padającym śniegiem widocznym zza okna, nabrał dla Ryo dziwnego charakteru... romantyczności. Zabawne, że nie dostrzegł tego nigdy wcześniej. Wstał, by zapalić górne światło, gdy poczuł dłoń chwytającą go za nadgarstek.
- Zostaw – powiedziane cichym proszącym głosem.
Usiadł czując jak skóra w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą trzymał go Akanishi, mrowiła i paliła, jakby przechodziło po niej stado mrówek. Odchrząknął cicho, by pozbyć się suchości w gardle.
- Więc, o czym chciałeś porozmawiać? – spojrzał na przyjaciela spod przydługiej już lekko grzywki. Akanishi nie patrzył na niego bawiąc się szklanką i obserwując jak alkohol obmywa ścianki naczynia. Dopiero po chwili spojrzał na Ryo.
- O tobie. Co słychać, jak się czujesz. Po prostu, porozmawiać. Dawno nie mieliśmy takiej okazji.
Brwi Nishikido lekko się zmarszczyły. Nie uwierzył. Nie do końca. Faktem było, że rzadko kiedy mieli okazję porozmawiać twarzą twarz. Ba, odkąd Jin wyjechał ich spotkania można było nazwać małym cudem. Istniały jednak maile, telefony. Mieli ze sobą dość stały kontakt pomimo różnych sprzeczek i początkowych nieporozumień. Nie skomentował jednak tego.
- Nic się u mnie nie zmieniło, Jin. Nadal praca z zespołem, wywiady, sesje, koncerty. Nadal gram w dramach. A jak jest chwila czasu to śpię – uśmiechnął się z lekką ironią.
Akanishi roześmiał się cicho.
- Razem z Pi-chanem odszedłeś z NEWS. – Ton głosu wokalisty trudno było zinterpretować.
- Daj spokój, Akanishi – Ryo wstał i podszedł do okna. Patrzył na jasne punkciki światła miasta przebijające się pomiędzy padającymi płatkami śniegu. – Rozmawialiśmy na ten temat wystarczającą ilość razy. Tłumaczyłem przed innymi ludźmi. Nie każ mi robić tego i tobie. – Upił łyk bursztynowego płynu i obrócił się przodem do wokalisty. Oparł się wygodnie o parapet krzyżując nogi w kostkach a nagie stopy zanurzył w miękkim długowłosym dywanie. Wygodna koszulka z krótkim rękawem, lekko opięte jeansy i brak skarpetek, to był ulubiony zestaw domowy Ryo, który pozwalał mu się maksymalnie odprężyć. Poczuł na sobie spojrzenie Akanishi’ego. Popatrzył na niego i unosząc lekko jeden kącik ust przerwał tę gęstniejącą z każdą mijającą minutą ciszę.
- Powiedz mi lepiej, o czym tak naprawdę chciałeś ze mną porozmawiać – powiedział cicho. – Widzę, że coś cię dręczy. Za dobrze cię znam.
Wokalista odwrócił wzrok, a na twarzy pojawił się grymas jakby żalu i cichej rozpaczy.
- W przyszłym miesiącu się żenię. Z Meisą Kuroki – powiedział powoli, jakby każde słowo z trudem wydostawało się z jego ust. – Parę razy byliśmy na randce, spaliśmy ze sobą. Nasze wytwórnie się o tym dowiedziały, wiadomość poszła do informacji publicznej, więc to wykorzystano. Stwierdzili, że to będzie świetna kolaboracja. Meisa uratuje swoją reputację, która od kilku miesięcy zaczęła szwankować, a ja... – po raz pierwszy odkąd Jin zaczął mówić spojrzał w oczy Ryo. Gorzka świadomość swojego losu malowała się w jego tęczówkach i raniła Nishikido, który powoli próbował się otrząsnąć z szoku po takiej informacji.
- Dlaczego mi o tym mówisz? – zapytał głosem ostrzejszym niż zamierzał.
- Przecież wiesz... – odpowiedź, pełna wyrzutu, przyszła niemal natychmiast.
- Kochasz ją? – Nishikido zadawał pytania jakby bez udziału swojej własnej woli. Usiłował siebie przekonać, że nic go to nie obchodzi, że jako dobry przyjaciel powinien pogratulować i przekonać Jina, że wszystko będzie dobrze. W tym momencie przekonał się jak bardzo nie nadaje się na przyjaciela. Był w stanie myśleć tylko o tym, że Jin, ten Jin nie będzie już jego. Będzie związany z inną kobietą. Obrączką. Przyrzeczeniem. Dziećmi. Nigdy nie przeszkadzały mu jego podboje, romanse, bo zawsze wiedział, że to farsa, która nic nie znaczy. To jednak... To jednak zmieniało wszystko. I znaczyło wiele. Wypił alkohol do dna i odstawił szklankę z głuchym stuknięciem na parapet. Powoli podszedł do siedzącego na fotelu Akanishi’ego, wciąż wpatrując się w te czekoladowe tęczówki i przytrzymując je na uwięzi swojego spojrzenia. Gdy był tak blisko niego, że czuł ciepło jego ciała ponowił pytanie.
- Kochasz ją?
Jedna ręka, na której widniał drogi zegarek, który dostał właśnie od gitarzysty na urodziny kilka lat temu, dotknęła twarzy stojącego mężczyzny błądząc po liniach jego delikatnych zmarszczek wokół oczu i tych silniejszych bruzd wokół ust od szerokiego uśmiechu.
- Nie – powiedział zdecydowanym głosem.
Nishikido zamarł pod wpływem tego dotyku. Czuł jak żar, który tlił mu się delikatnie pod skórą zamienia się w ogień. Oddech lekko przyspieszył, a oczy zasnuła lekka mgiełka pożądania. Zbyt długo nie czuł tego dotyku. Zbyt wiele miesięcy minęło od ostatniego spotkania, gdy wokół nich nie było połowy wytwórni czy wspólnych znajomych. Uniósł dłoń i wsunął je w czarne loki siedzącego mężczyzny, sam zaś usiadł okrakiem na jego kolanach. Przybliżył twarz do Jina tak, by ten poczuł ciepło jego oddechu na swojej skórze. Ręka we włosach zacisnęła się mocno, boleśnie na ciemnych kosmykach. Po twarzy wokalisty przebiegł lekki skurcz bólu.
- Nie, bo kochasz tylko mnie – powiedział cicho, po czym pocałował go. Mocno, od razu wdzierając się do jego ust. Całe narastające napięcie od spotkania na parkingu, wymieszane z zazdrością i tęsknotą domagało się w tym momencie ujścia. Nie musiał czekać długo na odpowiedź. Ramiona Jina przygarnęły go mocniej, jeszcze bliżej siebie. Usta atakowały jego wargi, a język walczył o dominację. Oderwali się od siebie, by zaczerpnąć tchu. W ciszy mieszkania słychać było tylko ich szybkie urywane oddechy.
- Jak zwykle arogancki i pewny siebie – Jin nie mógł darować sobie tej złośliwości.
- Zamknij się – powiedział uśmiechając się z kpiną. W oczach szalał mu ogień. – Zamknij i udowodnij, że się nie mylę... – urwał, czując atakujące go usta. Obaj byli jak w transie. Tu nie było miejsca na łagodność i czułość. Była tylko namiętność i ostre jak brzytwa pożądanie. Ryo jęknął czując język Jina na swoim obojczyku. Zacisnął palce na włosach kochanka odchylając głowę do tyłu, by ułatwić dostęp do swojej szyi. Każde ugryzienie, zaciśnięte paznokcie na ciele, drgnięcie bioder nakręcało spiralę pragnienia i tęsknoty. Dotyk na nagiej skórze był jak wybawienie i katorga zarazem. Nie wiedząc kiedy Ryo pozbył się koszulki zarówno swojej jak i Jina, a ich spodnie zostały rozpięte, by ułatwić sobie nawzajem dostęp do reszty ciała tak bardzo spragnionego dotyku.
- Chcę cię. Do bólu – usłyszał zachrypnięty głos.
Gitarzysta oparł głowę o czoło kochanka i spojrzał z bliska w czekoladowe tęczówki. Uśmiechnął się lekko, drapieżnie, gdy przypomniał sobie moment, gdy te słowa zostały wypowiedziane przez niego samego, pewnej letniej nocy, gdy kochali się po raz pierwszy. Wtedy nie znali jeszcze tej gwałtowności, zaborczości, zazdrości, która dominowała teraz. Była tylko czułość, niepewność i cicha nadzieja. Poruszył lekko biodrami napierając na podniecenie kochanka i odpowiedział słowami, które usłyszał tej samej nocy kilka lat temu.
- Więc mnie weź.
I wziął go. Po chwili pierwsze zaskoczenie minęło a przemówiła bestia zwana pożądaniem. Nie doszli do łóżka. Nie mieli na tyle cierpliwości ani czasu. Ryo kopnięciem zrzucił coraz bardziej zawadzające spodnie razem z bielizną. Akanishi, mimo, że nie chciał przegapić widoku nagiego ciała gitarzysty, niecierpliwymi dłońmi pozbył się własnego ubrania. Z zachwytem spoglądał na szczupłe ciało, które miał przed sobą. Nie mógł się jednak nacieszyć nim wystarczająco, gdy Ryo znów usiadł na jego kolanach. Dotyk nagiej erekcji napierającej na jego własną sparaliżował go i odebrał zdolność działania reszty szarych komórek, które mu jeszcze pozostały.
- Weźmiesz mnie, czy będziesz się tylko gapił? – spytał kąśliwie.
 Jin oddychał z trudem, a krew szumiała mu w uszach.
- Jesteś pewny? Będzie... – urwał widząc wymowny wzrok Ryo. Uśmiechnął się ciepło, z czułością i pomagając sobie wszedł w niego powoli, nie chcąc zadawać mu niepotrzebnie dodatkowego bólu. Nishikido nie czekał, on, zawsze cierpliwy, lubiący dręczyć Akanishi’ego godzinami, dziś był wulkanem niecierpliwości. Poruszał się mocno, głęboko ignorując ból. Na zmianę odchylał się ułatwiając Jinowi dostęp do swojego ciała, by po chwili atakować jego szyję i kark swoimi paznokciami i głębokimi ugryzieniami. W sytuacjach takich jak ta orgazm przychodził zawsze zbyt szybko. Wybuchł feerią barw odcieni czerwieni palącej swoją jaskrawością. Wykrzyczany ochrypłym głosem na długo pobrzmiewał w eterze czterech ścian zagłuszany jedynie cichymi słowami pełnymi czułości.

- Nie ożenię się z nią. – Twardy, stanowczy głos przeciął ciszę sypialni. Ryo spojrzał na Jina, którego głowa spoczywała na jego ramieniu.
- Nie bądź bardziej Bakanishim niż jesteś – odpowiedział cicho ignorując mamrotanie wokalisty, że wcale nie jest głupi. – Zawsze chciałeś mieć rodzinę, prawda? Poza tym... To jest z korzyścią dla ciebie. Przecież nie musisz tkwić w tym związku przez resztę swojego życia, czyż nie?
Zaskoczony Akanishi wpatrywał się z niedowierzaniem w twarz kochanka.
- Mówisz poważnie?
Ryo spojrzał na niego z lekkim politowaniem zarezerwowanym tylko dla małych dzieci, które coś spsocą.
- Nie kochasz jej, ale też nie nienawidzisz, prawda? Dogadujecie się, jest wam ze sobą dobrze, to cóż ci więcej potrzeba? Będziesz miał spokój od innych napalonych lasek, wytwórnia będzie zadowolona, a twój american dream czy jak to tam szło, się spełni – uśmiechnął się krzywo.
- A ty?
Nishikido nachylił się nad Jinem. Pomimo niedawnego orgazmu na ciele wokalisty znów uniosły się króciutkie włoski będące pierwszym sygnałem pożądania.
- A ja – zaczął Ryo patrząc mu w oczy, wiążąc go niewypowiedzianą obietnicą – będę tutaj. Jak zawsze. Ona będzie twoim pięknym kłamstwem, ja jestem twoim pięknym życiem.
Przyjął obietnicę bez słów, dotykiem starając się wyrazić to, co naprawdę czuje. Widząc spojrzenie ciemnych tęczówek wpatrzonych w jego własne wiedział, że wiadomość dotarła do miejsca swojego przeznaczenia.



THE END

1 komentarz:

  1. I kolejne opo, którego bohaterów nie znam. Przynajmniej na razie.
    Czekaj, zaraz napiszę coś konstruktywnego, tylko dam upust moim yaoicowym feelsom...
    HSIBDXUNEOHEMSUBDJDCYBEOXHBWIZGEBDHVFUHDIHDJWIHDICGHEISUHWIXHHDI!!!!!!
    ...
    Dobra, już xD
    Waa, to było taaakie słodkie i delikatne, że ja nie wiem <3 I znowu- lekkie, przyjemne. Mam zdolną unnie <3
    Po tym opowiadaniu chce mi się obczaić, kim oni są. I pewnie niedługo to zrobię ^^
    Neh, nie umiem dzisiaj pisać komentarzy...
    Idę czytać dalej <3

    OdpowiedzUsuń