Z racji tego, że rozdział trzeci zaczyna się pisać (w tym miejscu podziękowania dla nenn za wsparcie i nieustanny doping oraz... dręczenie xD), wstawiam Wam drugą część wcześniej niż zamierzałam ;] Mam nadzieję, że ośmielicie się trochę z komentarzami, bo odsłony są, a nic nie piszecie czy Wam się podoba czy nie...
Akcja zaczyna się rozkręcać i obawiam się, że z tej czwórki zaplanowanych rozdziałów, zrobi się piątka. Podejrzewam jednak, że tylko ja nad tym faktem będę ubolewała... xD
No nic, nie marudzę więcej tylko życzę miłego czytania.
Rozdział II
Podróż
karetką pamiętał jak przez mgłę. Był świadom tego, że sanitariuszka, która
wcześniej się nim zajęła, upewniła się, iż rozpoznał w nieprzytomnym pacjencie
swojego brata i wsiadł razem z nim do karetki, która miała ich zabrać do
szpitala. Miał wrażenie, że jadą bardzo długo, a przecież nie powinno tak być.
Pytał lekarza obok dlaczego tak jest, ten mu odpowiedział, że pobliskie
szpitale są przepełnione, a inne nie są na tyle wyspecjalizowane, by się nimi
zająć. Pokiwał mechanicznie głową, ledwo rejestrując jego słowa. Wpatrywał się
suchymi oczami w twarz Donghae - zazwyczaj tak jasną i radosną, a teraz
przybrudzoną smugami spalenizny. Szukał oznak, przyczyn, dla których jest
nieprzytomny, ale nie widział nic co by to wyjaśniało. Ręce miał tylko lekko
pokiereszowane i poparzone – usłyszał, gdy zapytał o bandaże. Widocznie
próbował znaleźć wyjście, gdy zawaliła się jedna ze ścian. Poza tym, nie
dostrzegli u niego żadnych poważniejszych obrażeń. Dlatego tak szybko jechali…
Nie wiedzieli co mu jest… Wyciągnął rękę i złapał delikatnie za leżącą na kocu
dłoń.
-
Hae… obudź się. Nie możesz mnie tu tak zostawić. Zrobiłeś mi kawał, ale to
wcale nie jest śmieszne, słyszysz? – mamrotał cicho do niego, tak by inni nie słyszeli.
– Wróć do mnie, głupku. Nie poradzę sobie bez ciebie…
Po
dłuższej chwili zamajaczył mu szpitalny hol. Dano mu jakieś dokumenty do
wypełnienia. Wszystko robił mechanicznie, na autopilocie, resztkami umysłu
tylko pamiętając, co trzeba wpisać w rubryce ‘pokrewieństwo’. Potem skierowali
go do poczekalni. Siedział przy drzwiach, nad którymi czerwonymi literami
wypisane było Nie wchodzić. Przez
drzwi od tej sali, co jakiś czas wychodzili i wchodzili w pospiechu różni
ludzie w szpitalnych kitlach, żaden jednak nie miał czasu, by zatrzymać się i
odpowiedzieć mu chociaż na jedno pytanie. W końcu, po czasie, który wydał mu
się wiecznością, wyszedł starszy mężczyzna w zielonym czepku na głowie.
-
Pan Lee? – upewnił się. – Z pańskim bratem wszystko w porządku. Zatruł się
poważnie tlenkiem węgla, miał atak serca, ale wydobrzeje. Jest silny, poradzi
sobie. Zaraz przewieziemy go na intensywną, gdzie będzie mógł pan do niego
wejść, a później, gdy się poprawi, już do normalnej sali. Wszystko będzie
dobrze – poklepał go po ramieniu i odszedł. Hyukjae miał wrażenie jakby podłoga
umykała spod jego stóp. Gdyby nie krzesła stojące za nim, zwaliłby się na ziemię.
Nogi miał jak z waty, a serce chyba z kamienia, bo swoim rytmem chciało wyrwać
mu dziurę w piersi.
…zatrucie tlenkiem węgla.. atak serca..
..poradzi sobie.. ..jest silny.. Echa słów wędrowały mu po głowie. Schował
twarz w ramionach, palcami szarpiąc blond kosmyki, które miały taki kolor tylko
dlatego, że Hae o to poprosił. W gardle narastał mu szloch domagając się
ujścia. W końcu, po kilku godzinach skrajnego wyczerpania, napięcia i stresu,
Hyukjae zapłakał. Płakał z ulgi, z poczucia winy, z pragnienia cofnięcia
czasu.. Płakał z czystej radości, że wszystko w porządku, a koszmar, który
czasem go budził w nocy nie spełnił się tej nocy.
-
Panie Lee? – usłyszał delikatny głos. Przed oczami ujrzał paczkę chusteczek
higienicznych. Nie patrząc w górę, wyciągnął dłoń i skorzystał z oferty.
Dopiero, gdy doprowadził się jako tako do porządku, ośmielił się popatrzeć na
osobę, która wciąż obok niego stała. Była to młoda, dwudziestokilkuletnia
pielęgniarka o długich czarnych włosach upiętych w kucyk i dużych brązowych
oczach, którymi patrzyła na niego łagodnie.
-
Może pan wejść do brata jeśli chce. Zaprowadzę pana.
Kiwnął
głową i podążył za nią. Gdy, w końcu, po zmianie piętra i minięciu kilkunastu pomieszczeń,
wszedł do pokoju, stanął w wejściu jak wryty. Spojrzał na pielęgniarkę ze
strachem w oczach.
-
Proszę się nie martwić, to tylko tymczasowe. Chcemy odciążyć płuca i skrzela,
które nawdychały się zbyt gorącego powietrza, ale później zostanie wszystko
usunięte.
Znów
skinął głową, bojąc się, że jak wypowie choć jedno słowo, to tama, którą
ustawił w tamtym korytarzu, znów nie wytrzyma, a on sam ponownie stanie na
krawędzi załamania.
-
To prywatny, jednoosobowy pokój. Dlatego jest tu też drugie łóżko, gdyby chciał
się pan przespać.
Spojrzał
na nią z wdzięcznością i po raz pierwszy od dłuższego czasu się odezwał.
-
Bardzo… - odchrząknął - bardzo pani dziękuję.
-
Nie ma za co – uśmiechnęła się. Miała ładny uśmiech, spodobałby się Hae. W
sumie, ona cała by się mu spodobała. Na tę myśl poczuł mocne ukłucie gdzieś w
środku. – Gdyby tylko czegoś pan albo pański brat potrzebowali, proszę mnie
wezwać – z tymi słowami skłoniła się lekko i wyszła.
Blondyn
zamyślonym wzrokiem rozglądał się wokół. Rzadko kiedy widział tak dobrze
wyglądające szpitalne pokoje, chyba tylko u niego na uczelni były takie… Zaraz,
on był na swojej uczelni! Podszedł szybkim krokiem do okna. Było już późno w
nocy, ale dzięki latarniom mógł dostrzec znajome zarysowania campusu. Teraz
wszystko stało się dla niego jasne. Profesjonalna obsługa, najlepszy sprzęt i
lekarze, a także miłe, niemal domowe, pokoje. Pewnie skojarzyli jego nazwisko z
nazwiskiem ojca. W końcu widnieje w systemie jako student, a tam mają jego
kartotekę. To stąd taki standard opieki. Po raz pierwszy w życiu cieszył się,
że za pozycją ojca nie idą tylko polityka i obowiązki, a pewne przywileje, z
których mógł teraz skorzystać. Odrobinę uspokojony i myślący o wiele bardziej
trzeźwo, podszedł do łóżka, na którym leżał Donghae. Widok rurki respiracyjnej
nadal był lekko przerażający, ale świadomość tego, iż jego życiu nie zagraża
już żadne niebezpieczeństwo sprawiała, że był jej teraz nawet wdzięczny. Bo
dzięki niej, płuca Hae szybciej dojdą do siebie, a on sam będzie mógł się
wybudzić. Podobnie jak w karetce, chwycił dłoń przyjaciela w swoją, ostrożnie
omijając włożony wenflon, przez który podawano mu kroplówkę. Drugą ręką
odgarnął kosmyki z jego oczu, z przyjemnością zauważając, że obmyto jego twarz
z wszelkich czarnych smug.
-
Wszystko będzie dobrze, Hae. Musisz tylko odpocząć i nabrać sił, i za kilka dni
wyjdziesz do domu. Zajmę się tobą, o nic się nie martw – nachylił się i złożył
na czole bruneta delikatny pocałunek. Przysunął bliżej stojący nieopodal fotel
i, trzymając wciąż przyjaciela za rękę, usiadł wygodnie. Wpatrzony w jego
twarz, otoczony jednostajnym szumem działającego respiratora, nie wiedząc
kiedy, zasnął.
Obudził
go ruch w jego dłoni. Otworzył oczy przestraszony, dopiero po chwili
zorientował się, że ręka Donghae wciąż jest w jego, a poruszenie spowodowała
pielęgniarka stojąca przy monitorach będących obok łóżka.
-
Obudziłam pana? Przepraszam, nie chciałam.
-
Nie.. nic się nie stało – dopowiedział zachrypniętym od snu głosem. Spojrzał na
leżącego przyjaciela, ale nie dostrzegł żadnych zmian.
-
Czy z nim wszystko w porządku?
-
Tak. Dobrze reaguje na leki. Dziś przestaniemy mu podawać środek usypiający,
wobec czego noc prześpi naturalnym snem, a jutro się obudzi.
-
Noc..? Jutro? Ale.. – zdezorientowany spojrzał na okno. Zasłony odsłonięto,
lecz rolety wciąż były opuszczone tworząc łagodny półmrok. Widział jednak, że
jest za nimi dość jasno. Czyli przespał tu całą noc.
-
Jest 11:00. Za godzinę zostanie podany obiad, potem może pojechałby pan do domu
choć na chwilę odpocząć, czy też poinformować kogoś?
Hyukjae
kiwnął głową. – Powinienem zadzwonić do mamy i muszę sprawdzić co z jego
mieszkaniem, ale… - urwał. Może i opieka była miła, profesjonalna, bał się
jednak zostawić Hae samego. Potrzebował jednak prysznica, świeżych ciuchów,
musiał też dla niego przywieźć kilka drobiazgów, sprawdzić co z jego
mieszkaniem, no i jeszcze mama… Westchnął.
-
Proszę się nie martwić, mam 24 godzinny dyżur. W razie jakichkolwiek zmian, od
razu pana poinformuję.
Blondyn
uśmiechnął się z wdzięcznością. Dzięki wczorajszemu spotkaniu w korytarzu,
nabrał do niej lekkiego zaufania. Może rzeczywiście nic się nie stanie, gdy
wyjedzie stąd na godzinę czy dwie. Potargał skołtunione włosy i podrapał po
policzku. Wyczuwając kłujące kiełki świeżego zarostu skrzywił się lekko. Tak,
zdecydowanie potrzebował prysznica i maszynki do golenia. Odrzucając koc z
kolan, który dopiero teraz zauważył i w sumie nie wiedział skąd się tu w ogóle
wziął, wstał i podszedł do przyjaciela. Dotknął jego czoła, znów odsuwając
uparte kosmyki, które tak lubiły wpadać mu do oczu.
-
Hae, jadę do siebie na chwilę po kilka rzeczy, zadzwonię do mamy i sprawdzę co
u ciebie, dobrze? Czekaj na mnie. Za niedługo wrócę.
Dotykając
ostatni raz jego policzka, obrócił się i wyszedł, by jak najszybciej załatwić
naglące sprawy. Nie zauważył zamyślonego wzroku pielęgniarki wpatrującej się w
zamykające za nim drzwi.
Swoją
rodzicielkę poinformował o całej sytuacji przez telefon, gdy metrem jechał po
swój samochód zostawiony w dzielnicy, w której mieszkał Donghae. Jej początkowe
przerażenie zostało zastąpione chłodną logiką, czego Hyuk niejednokrotnie
zazdrościł. Powiedziała, żeby niczym się nie martwił, wziął tylko rzeczy dla
siebie i Hae, a ona sama sprawdzi co z mieszkaniem przyjaciela i dotrze do
szpitala najszybciej jak tylko będzie mogła. W sumie cieszył się, że jego ojca
nie było w kraju – znów był w jakiejś podróży dyplomatycznej czy coś takiego,
dzięki temu jego mama mogła działać bez zbędnych wymówek i kłótni. Matka Hae
już dawno przestała się interesować synem, dlatego, po śmierci jego ojca, to
rodzice Hyukjae praktycznie go adoptowali. Dzięki temu, blondyn zyskał
towarzysza zabaw i przyjaciela, którego tak bardzo potrzebował, a sam Donghae
rodzinę, której nie spodziewał się już posiadać. W chwili osiągnięcia
pełnoletności, Hae uzyskał dostęp do funduszu powierniczego, który zostawił mu
ojciec, dzięki temu mógł wyprowadzić się na swoje i zająć tym, co od
dzieciństwa go fascynowało – tańcem. Państwo Lee niezbyt to aprobowali, ale nie
mieli nic do powiedzenia, sam Hyuk zaś go podziwiał, bo też chciał tańczyć,
jednak… to co chciał i mógł, a co musiał, to dwa przeciwne bieguny, i tak
wylądował na najlepszym uniwersytecie w Seulu. Z jednej strony współczuł
sytuacji swojemu przyjacielowi, bo nie była ona godna pozazdroszczenia, a z
drugiej… Był niezależny, mógł spełniać swoje marzenia. Lee westchnął cicho
ostrożnie wyprowadzając swój samochód z parkingu. Nie miał czasu na
rozmyślania, musiał się skupić. Jeszcze tego by brakowało, by on wylądował w
szpitalu, bo był rozkojarzony podczas jazdy. Zaciskając mocniej palce na
skórzanym obiciu kierownicy, kierował się w stronę swojego mieszkania.
-
Panie Dyrektorze Park, zdaje pan sobie sprawę jak wiele mój mąż robi dla badań
w pańskim szpitalu i nie tylko? W takim razie, rozumiem, że pobyt mojego
przybranego syna w pańskiej placówce, pomimo braku dokumentów adopcyjnych, nie
sprawi żadnych problemów.
-
Ależ oczywiście Pani Lee. To było drobne nieporozumienie ze strony kadr, więcej
się taki błąd nie powtórzy.
-
Nic się nie stało, rozumiem zaskoczenie. Błąd mojego syna, ale nic dziwnego,
był zmartwiony losem przyjaciela. Następnym razem, w razie takich wątpliwości,
proszę dzwonić bezpośrednio do mnie.
-
Witaj, mamo, stało się coś? – Hyukjae wszedł do pokoju Donghae w trakcie
rozmowy, której urywki słyszał już na korytarzu. Chyba jego małe oszustwo się
wydało, ale rodzicielka, z właściwą sobie finezją, rozwiązała całą sytuację.
Był jej naprawdę wdzięczny.
-
Nie, kochanie, wszystko w porządku. Załatwiłeś wszystko?
Hyuk
kiwnął głową unosząc lekko trzymaną w ręce sportową torbę, którą przywiózł.
Pełna była rzeczy blondyna, które przeznaczył on dla Hae.
-
W takim razie posiedź tu z Donghae, a my z panem dyrektorem wyjaśnimy jeszcze
kilka spraw w jego gabinecie. Zobaczymy się później – z tymi słowami wyszła, a
za nią, z niezbyt zadowoloną miną, podążył Dyrektor Park.
Chłopak
uśmiechnął się pod nosem, nigdy nie lubił tego naburmuszonego dupka. Podszedł
do łóżka przyjaciela.
-
Wspaniała jest, prawda? I kocha cię jak własnego syna. Zawsze kochała… - głos
mu się lekko załamał, gdy mówił do niego cicho. Odetchnął głęboko uspokajając
się i popatrzył na niego uważnie. Miał wrażenie, że wygląda nieco lepiej. Pierś
wciąż unosiła się w miarowym rytmie działającego respiratora, jednak nie
wzbudzała swoją obecnością już żadnego strachu. Skóra jakby się zaróżowiła, nie
był tak blady jak wcześniej. Oczy jednak wyglądały na spierzchnięte, podobnie
jak usta otaczające rurkę. Hyukjae położył torbę na sąsiednim łóżku, wyjął mały
ręcznik i nawilżył go ciepłą wodą. Delikatnymi ruchami przecierał jego twarz,
zbierając śpioszki z kącików oczu i nawadniając usta. Pod palcami czuł delikatny
zarost.
-
Przywiozłem ci maszynkę, ale raczej skorzystamy z niej jutro, dobrze? Teraz
musisz jakoś to znieść – zaśmiał się cicho. Wiedział jak Donghae nie lubił
swojego zarostu. Zawsze skarżył się, że wygląda jak smarkacz z tym czymś na
twarzy pomimo swojego wieku. Hyuk wtedy odpowiadał mu, że z nich dwóch, to on
jest prawdziwym mężczyzną i niech Hae przyjmie to w końcu do wiadomości. To
wtedy ten wyzwał go od małpy. Blondyn nie był mu dłużny, i nie minęło zbyt
wiele czasu, gdy wołał za nim ryba. Miał wrażenie, że od tamtych wydarzeń
minęła wieczność, a od pożaru postarzał się o co najmniej kilkadziesiąt lat.
Czy naprawdę zaledwie wczoraj wychodził wkurzony z uczelni, bo zapowiedziano mu
kolejne kolokwium? Powolnym gestem przetarł zaczerwienione oczy. Pomimo
gorącego prysznica, szybkiego obiadu i świeżych ciuchów, czuł się cholernie
znużony. Spojrzał na zegarek, dochodziła ósma. Posiedzi tu z nim i może coś
poczyta, potem jak się uda, może prześpi z kilka godzin, a jutro… jutro Hae się
obudzi i będą mogli wracać do domu.
cdn.

Okaay, zebrałam się w sobie i, jak ci obiecałam, piszę komentarz *o* Hae, ty żyjesz! :D Przynajmniej na razie... XD Biedny Hyukkie... Musi się bardzo martwić o przyjaciela (w którym jest podświadomie zakochany xp) Oby wszystko było dobrze... Nie zabijaj Hae, bo zadzwonię po braciszka Hee, który dokona za mnie zemsty *w* (w końcu to jego dongsaeng! :3) Życzę weny i pisz, pisz ^3^
OdpowiedzUsuńCała przyjemność po mojej stronie ;) Także kiedy ten 3 rozdz. będzie? :P
OdpowiedzUsuńMimo że sytuacja nie jest ani zabawna ani śmieszna, to czytając ten rozdział, delikatny uśmiech błąkał mi się na ustach. A to za sprawą Hyuka i Jego postawy. I nawet jeżeli Jego rozum jeszcze tego nie pojął, to już takie instynktowne zachowanie, może świadczyć , że jednak Hae to nie tylko 'najbliższy przyjaciel' czy też 'brat'. Niczego nie ujmując przyjaźni, która jest czymś niezwykle cenny i niesamowitym, to jednak ta troska wskazywałaby prędzej na jeszcze głębsze przywiązanie czy tez uczucie. Ta delikatność, z jaką opiekował się Hae albo kiedy to przemawiał do Niego; niechęć do rozstania i potrzeba bliskości (?) jest po prostu ujmująca. Nawet te drobne kłamstewko, które zaskakująco - tak w zasadzie - nie mijało się z prawdą czy też to ukłucie, gdy stwierdził, że pielęgniarka jest w stylu Hae, jest urocze ;)
"Płakał z ulgi, z poczucia winy, z pragnienia cofnięcia czasu.. Płakał z czystej radości, że wszystko w porządku, a koszmar, który czasem go budził w nocy nie spełnił się tej nocy."
Czemu z poczucia winy? Czyżby coś się zadziało w przeszłości? Albo ten koszmar - bo teraz już nie wiem, czy po prostu mu się coś strasznego śni (z Hae w roli głównej) czy jednak ten sen ma jakiś "powód"?
Nie mogę się już doczekać, kiedy Hae się wybudzi. Chciałabym, aby Hyuk mógł się uspokoić i odprężyć. Choć zapewne, ten stan nie za długo potrwa ... Fajnie, że dowiedzieliśmy się też co nieco o przeszłości Hae. Współczuje Mu sytuacji z rodzicami ale summa summarum i tak "spadł na cztery łapy", znajdując rodzinę w Hyuku i Jego rodzicach. (Mama jest the best! Aż chciałoby się Ją uściskać za to jak załatwiła sprawę z dyrektorem). Z kolei Hyukkie ma przechlapane, bo życie pod presją i ciągłymi wymaganiami, też daje mocno w kość. No ale najważniejsze, że mają siebie i mogą na siebie liczyć, czyż nie? ;)
P.s. Czy to spojrzenie pielęgniarki powinno mnie zastanowić?