Zespół: Super Junior
Pairing: Henry x OC
Rating: +16
– Znów to czuję, wiesz? Ten ból, ten strach, tę… samotność.
– Ciii, już spokojnie, jestem tu, słyszysz? Jestem.
Zapach cytrusów, ciepło otaczających ramion, szorstkość bawełnianego
materiału na policzku, który czuję, gdy opieram się na twym ramieniu. Tak,
jesteś tu. Mimowolnie się uśmiecham.
– Dziś znów miałem ten sen – kontynuuję rozluźniając się powoli, gdy
czuję twoją dłoń głaszczącą mnie po włosach.
– O naszym pierwszym spotkaniu? – cichy śmiech. Głęboki, z nutką
ironii, którą potrafisz wpleść zawsze i wszędzie.
– Uhm – bezwiednie przechylam głowę, nadstawiając kark pod twoje palce.
Ruch twojej ręki staje się bardziej leniwy, powolny, drażniący… Przechodzi mnie
nikły dreszcz, który bez problemu wyczuwasz, ale na niego nie reagujesz.
– Opowiedz mi o nim – szept. Tak cichy, a tak głośno brzmiący w mojej
głowie.
– Po co? Przecież znasz go na pamięć – pytam, choć i tak wiem, że
kolejne godziny spędzę na rozpamiętywaniu każdej minuty tamtego dnia, każdej
sekundy, którą spędziliśmy razem od tamtego czasu.
– Opowiedz – ciepły oddech owiewa moje ucho, niemalże jak wiosenny
wiatr trącający liście za oknem. Ciekawe czy nadal tak samo szeleszczą jak
kiedyś?
– Obserwowałeś mnie – szepczę równie cicho, mimo, że nikt nas teraz nie
usłyszy. – Już od dawna. Wiedziałem o tym.
– Ale nie przeszkadzało ci to, prawda? – skóra twoich palców jest tak
delikatna, gdy błądzi po moim karku. Tak samo delikatna jak moja.
– Nie, wiesz, że nie. Lubiłem, gdy na mnie patrzyłeś. Czułem się…
potrzebny, chciany. Byłem…
– Wyjątkowy – dokańczasz. Zawsze trudno było mi w to uwierzyć i miałem
problemy, by powiedzieć to na głos. Teraz też nie potrafię. – Powiedz to.
Jesteś wyjątkowy.
– Jestem… wyjątkowy – jęczę. Twoje palce. Tak dobrze komponujące się z
moimi, tak pasujące, wędrują teraz w górę i w dół po moich plecach, wywołując
nikłe iskierki. Znów to się dzieje. Znów nie mogę zapanować nad reakcją mojego
ciała, a ty dobrze o tym wiesz. Znasz każdą moją słabość. I wykorzystujesz ją z
gracją wirtuoza grającego na swym ulubionym instrumencie.
– Mów dalej – ciepłe powietrze przenika przez moją bawełnianą koszulkę.
Gorąco.
– Przyszedłeś wtedy, do mnie, do pokoju – mój głos drży. Czyżby z tych
emocji, które mnie ogarniają? – Byłem smutny, bo przegrałem konkurs… Tak
niewiele mi wtedy brakowało… – urywam. Wspomnienie wciąż jest bolesne mimo
upływu czasu. Delikatnie mnie przytulasz. Trzęsę się, lecz nie z zimna.
– Jesteś najlepszy, wiesz o tym. Zawsze byłeś – twardy ton głosu, nie
znający sprzeciwu. Uwielbiam go. I uwielbiam ten błysk w oczach, który się
pojawia, gdy nim mówisz. To ta cecha, której ci zazdroszczę, bo mi jej brakuje.
– Nie… – zaczynam, lecz trudno mi dokończyć. Znów te palce, ciekawskie,
cudowne palce błądzące po moim ciele. Wędrujące niestrudzenie, pokonujące
przeszkody, jakim są ubrania. – Nie jestem… – wciąż próbuję coś powiedzieć,
jednak swoim działaniem skutecznie zamykasz moje usta. Gryzę własną dłoń, by
nie jęczeć głośno.
– Udowodnię ci, że jesteś wart wszystkiego, co najlepsze – kolejne
ciche słowa, tak palące kojącym bólem. Największa sprzeczność, jaka istnieje, i
którą wywołać potrafisz tylko ty. Uśmiecham się kiwając przyzwalająco głową.
Ufam ci, tak jak wtedy, gdy usłyszałem po raz pierwszy te słowa, tylko…
– Nie zostawisz mnie, prawda? – wystraszony unoszę głowę, by spojrzeć w
twoją twarz. W ciemne oczy okolone kręconymi blond włosami. Nie chcę powtórki,
przypomnienia, nie chcę znów…
– Ciii… Nigdy cię nie zostawię. Zawsze jestem przy tobie, nawet kiedy
tak nie myślisz – ciepły, uroczy uśmiech, tak uspokajający, tak… Wyginam się w
twoją stronę, w kierunku twoich rąk.
– Błagam… – nie zniosę już dłużej tej tortury, tak bardzo chcę ciebie,
całego. Twoje dłonie pobudzają, prowokują, krocząc po najintymniejszych
zakamarkach mojego ciała.
– Tak piękny, tak czysty, tak… niewinny – kolejny powiew oddechu drażni
moją nadwrażliwą skórę. Zaciskam palce na pościeli, gdy twoje powoli wyznaczają
właściwy rytm. W górę i w dół, w górę i w dół. Moja klatka piersiowa unosi się
dwukrotnie szybciej, chcąc doprowadzić odpowiednią ilość tlenu do płuc.
– Szybciej.. – proszę, łamiąc się w zaskakująco krótkim czasie.
Uśmiechasz się, zadowolony, choć bez ironicznej satysfakcji. Ty po prostu
wiesz…
– Tęskniłeś, prawda? Ja za tobą też – uwielbiam słuchać takich słów.
Zwłaszcza, w takich chwilach jak ta, gdy doprowadzasz moją krew do wrzenia.
Unoszę biodra w odpowiedzi na ruch twojej dłoni. Ciche skrzypienie metalowej
ramy łóżka, dodaje temu wszystkiemu lekkiej pikanterii. Moja ręka żyje własnym
życiem, gdy puszczam kołdrę i schodzę nią niżej. Brakuje tylko jednego, tylko…
– Tak niecierpliwy, tak spragniony… – rozumiesz moją niemą prośbę
bezbłędnie. Odchylam głowę, w gardle tłumiąc głośny jęk i zagryzając do bólu
wargi. Piekąca rozkosz wypełnia mnie całego, gdy wciąż mogę czuć ten cudowny
dotyk. Góra i dół. Spływające krople potu. Gorąc. Wybuchająca czerwona mgła pod
powiekami, gdy słyszę twój krzyk…
– Kocham cię, Mochi – ..i słowa, które są wszystkim.
***
– Kod niebieski u pacjenta numer 1-4-3. Powtarzam, kod niebieski u
pacjenta numer 1-4-3.
– Zrozumiałam.
Kobieta w białym uniformie powoli odłożyła słuchawkę i sięgnęła po
leżącą na biurku teczkę, z przypiętym do niej zdjęciem młodego mężczyzny o
ciemnych oczach i kręconych blond włosach. Widniał na niej napis: Henry Lau – zaburzenie dysocjacyjne
tożsamości.*
THE END
* zaburzenie dysocjacyjne tożsamości – to inaczej
rozdwojenie jaźni, mówiąc potocznie. Tutaj
możecie więcej poczytać na ten temat.
Muszę przyznać, że opowiadanie robi wrażenie. I to duże. A ogólnie polecam, co najmniej, dwukrotną lekturę.
OdpowiedzUsuńTroszkę z obawą podchodziłam do pierwszego czytania a to z tego powodu, że nie wiedziałam, kogo tam jeszcze – oprócz Henry’ego – umieściłaś.
Do samego końca byłam przekonana, że Henry budzi się z koszmaru i stara się uspokoić w ramionach tajemniczego ukochanego. A raczej to owa postać, pomaga Mu, pozbyć się wszystkich tych negatywnych uczuć. Myślałam, że Henry taki niepewny, bezsilny ma oparcie w pewnym siebie, zuchwałym, namiętnym i kochającym Go partnerze … a tutaj zaserwowałaś taką niespodziankę. I jeżeli miałaś zamiar zaszokować (nie wiem czy to odpowiednie słowo) oraz zaskoczyć, to jeżeli chodzi o mnie, w 100% zrealizowałaś swój plan.
Dopiero po przeczytaniu dotarło do mnie, że tytuł, który wydawał mi się oczywisty i może z lekka sugerujący fabułę, jest dokładnie taki, tyle tylko, że ja nie tego się spodziewałam (mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi). Tak czy siak, idealnie pasuje.
Nie znam się na Jego chorobie, ale w czym, jak nie w pułapce, znajduje się Henry? Tzn według mojej perspektywy, bo z tego co wywnioskowałam, On SAM, czuje się szczęśliwy.
A dlaczego warto kolejny raz wrócić do tego opowiadania? Bo jak już się wie, kim jest ta druga „postać”, to nie tylko tytuł, ale i przedstawione słowa i zachowania nabierają zgoła innego wymiaru … bo choć literalnie znaczą dokładnie to samo, co za pierwszym razem, to jednak ich kontekst jest odmienny.
Bardzo dobry oneshot, sugestywny a zarazem z pewną dozą paradoksu, bo okazuje się, że osoba która Henry’ego - i którą On - bezgranicznie kocha jest, w tym konkretnym przypadku, On sam. Choć ... tylko fizycznie.